MÓJ PIERWSZY ŚLUB

MÓJ PIERWSZY ŚLUB

 

 

 

 

MÓJ PIERWSZY ŚLUB, CZYLI MÓJ WŁASNY ŚLUB

Tak! Od tego się wszystko zaczęło. Ale ten wpis nie będzie dotyczył błyskotliwej kariery wedding plannera, a tego, jak zorganizowałam i jak wyglądał mój pierwszy ślub.

Do organizacji tego dnia podeszłam z pełnym zaangażowaniem mimo, że nie było łatwo. Oczywiście na początku stworzyłam listę swoich zadań oraz umiejscowiłam każdy element w czasie- dzisiaj nazwałabym to harmonogramem planowania (pobierz plik tutaj). Jednak bycie mamą kilkumiesięcznej Antosi i szara rzeczywistość bardzo zweryfikowały mój harmonogram i niestety nie było tak kolorowo.

 

Mimo wszystko na pierwszy rzut poszedł wybór sali, a właściwie pałacu. Tutaj postanowiliśmy postawić na tradycję i chcieliśmy, aby ślub odbył się w rodzinnych stronach przyszłej panny młodej. Zarezerwowaliśmy termin w Pałacu w Jabłonnie oraz w kościele… tuż za płotem 😉 Wybraliśmy idealną datę, czyli naszą szczęśliwą trzynastkę. 13-ego wprowadziliśmy się do naszego mieszkania, 13-ego wzięliśmy ślub i 13-ego założyłam moją ukochaną agencję.

 

 

Kolejnym ważnym elementem było dla nas znalezienie idealnego fotografa, kamerzysty i dj’a. Fotografa i kamerzysty szukać daleko nie musieliśmy. Tutaj z całego serca dziękujemy naszej ukochanej ekipie, czyli Fotohana, Now Wedding Films i Oskar Łęczycki- Camera Operator. Łapcie od razu nasz teledysk- uprzedzam (skromna tutaj nie będę), jest BOSKI!

 

Z dj’em już tak łatwo nie było. Część polecanych osób nie miała wolnego terminu, część była poza naszym budżetem, część po pierwszym spotkaniu kompletnie nie sprostała naszym oczekiwaniom. Ale udało się! Damian, czyli Dj Remix od razu nas oczarował. Od Damiana od razu wypożyczyliśmy fotobudkę, dzięki temu nie musieliśmy szukać dodatkowego podwykonawcy. Dla mnie było to bardzo wygodne, gdyż jako mama miałam naprawdę ograniczony czas i możliwości, aby spędzać godziny przed komputerem, pisać masę maili, wykonywać tonę telefonów i jeździć na spotkania.

 

Kolejny punkt w moim harmonogramie? Przecież jestem kobietą, więc nadszedł czas na suknię ślubną i dodatki. Po pierwsze, od zawsze marzyłam o asymetrycznej sukni- krótka z przodu, długa z lekkim trenem z tyłu. Musiała oczywiście wyeksponować moje trzy tatuaże. Dodatkowo, elementy dekoracyjne na naszej sali musiały pasować do róży na moim przedramieniu, a kolory tatuaży do naszych dodatków. I właśnie stąd wzięły się bordowe buty oraz bordowe dodatki w postaci muchy, szelek i butów u mojego Piotrka.

 

 

I wracając do sukni- nie chciałam kupować gotowca. Miałam projekt w głowie i dwie sukienki od Szyjemy Sukienki, więc od razu wiedziałam, że to dziewczyny z tej cudownej firmy uszyją moją wymarzoną suknię ślubną. I tak właśnie się stało.

 

 

I buty! Ja jestem butoholiczką, naprawdę. Absolutnie nie pytajcie, ile par butów posiadam- o to się mnie po prostu lepiej nie pyta. Szczególnie, że Piotrek na pewno przeczyta ten wpis i jeszcze zawału dostanie 😉

Wiedziałam, że muszą być WOW! Bordowe, wysokie, piękne, boskie, zjawiskowe. Padło na Jimmy Choo. Te buty do dzisiaj to moja perełka i mają specjalne miejsce w naszej garderobie.

 

 

W międzyczasie, zaczęłam wybierać naszą papeterię oraz florystę. Florysta jest najlepszy i pracuję z nim do dziś! Zaglądajcie do Mateusza!

Zaproszenia stworzyłam sama- a właściwie ich projekt. Po pierwsze, pojawił się rebus, który przedstawiał nasz związek. Po drugie, istotnym elementem były róże- takie jak mój tatuaż. Tak samo wyglądała pozostała papeteria.

Zupełnie inaczej wyglądały natomiast winietki, które były w kształcie szpaka. Były one doczepione do upominków dla gości, czyli tak naprawdę pełniły one fukncję 2w1- etykieta i winietki. Od razu wspomnę o upominkach- zamówiłam przepyszne cukierki u Cukier Lukier Warszawa– kolory i smak dobieracie dowolnie. Pakowane są w woreczki o wadze 30g. U nas były oczywiście biel, bordo i czerń. W tych cukierkach cudowne jest jeszcze wnętrze- gdyż na każdym pojedyńczym cukiereczku był nasz inicjał 🙂

Szpak- już spieszę z wytłumaczeniem, bo na pewno część z Was będzie ciekawa, po co jeszcze dodatkowo jakiś ptak. Otóż moje panieńskie nazwisko to Szpakowska i przez prawie całe moje życie większość moich znajomych zwracała się do mnie Szpak.

A skoro mówimy już  o słodkościach, to przejdźmy do tortu. Propozycji było kilka i padło na Karmel Warszawa- super Aga, która później niestety zdecydowała się pójść inną drogą. Jednakże, dla mnie najważniejsze było to, aby zamówić tort, jak ja to nazywam, u cukiernika- rzemieślnika. Nie chciałam tortu masówki, nie chciałam tortu z cukierni. Chciałam tort, który był spersonalizowany dla mnie od A do Z i Aga spełniła to marzenie. Tort był zrobiony z mąki migdałowej z dodatkiem kakao. Były w nim maliny i kawałki pomarańczy, które idealnie komponowały się z kakao. A do tego wszystkiego lekki i puszysty krem. Wiecie, że tortu nawet nie starczyło na obiad w dniu kolejnym? A to oznacza, że był przepyszny.

 

Kolejne elementy organizacyjne to makijażystka i fryzjerka. Obie dziewczyny miałam już sprawdzone. Od razu polecam Wam Magdalenę Torlę oraz Ewę z Milek Design- jednak Ewa nie specjalizuje się w upięciach ślubnych.

 

 

I wreszcie przyszedł czas na przyszłego męża. Garnitur wybraliśmy w sklepie Bytom, niektóre dodatki oraz koszulę w Giacomo Conti, a buty… to jest dla mnie zagadką- nie pamiętam!

 

 

Nadszedł też czas na naukę pierwszego tańca. Tak samo jak garnitur, który nie był standardowy, gdyż miał odcień chabrowy, tak samo nasz pierwszy taniec był inny. Zatańczyliśmy do piosenki Clean Bandit Rather Be, gdyż jest to piosenka, do której po raz pierwszy zatańczyliśmy razem kilka lat temu. Uwielbiam nasz pierwszy taniec, bo był naprawdę inny- zabawny, radosny, bez zbędnych przytulańców. Ponadto, po około 100 sekundach naszego pląsania wpadliśmy w tłum i porwaliśmy gości do wspólnej zabawy. Dzięki temu zainicjowaliśmy naturalne przejście do harców na parkiecie.

 

 

Tak myślę, czy jest jeszcze coś, o czym zapomniałam?

No pewnie! Nasze auto, a właściwie przecudowna dorożka i wspaniałe konie- wszystko z zaufanej stajni, także bądźcie spokojni 🙂

 

 

I był jeszcze bar i jeden z najlepszych warszawskich barmanów- zdecydowanie. U nas inaczej być nie mogło, gdyż jesteśmy od wielu lat związani z branżą alkoholową  i ten świat to dla nas… druga rodzina? Tak naprawdę poznaliśmy się w pracy, a Piotrek podobno do dzisiaj każdemu nowemu pracownikowi opowiada, iż tej firmie zawdzięcza cudowną żonę i jeszcze wspanialszą córkę- czy może być piękniej?

 

 

I tak oto po wielu miesiącach przygotowań powiedzieliśmy sobie TAK i od półtora roku jesteśmy cudownym małżeństwem, szczęśliwymi rodzicami… a ja wreszcie mam pracę moich marzeń!

 

PS. Dziękujemy naszych najlepszym przyjaciołom, którzy byli najlepszymi świadkami na świecie!

 

 

Leave a Reply

Close Menu